wspólny mianownik
wciąż próbuję choć
podchodzą mi do gardła chcę
pochylić się nad tłumem
i doświadczyć
w jasnym świetle
w ciepłym dniu w różowym
punkcie w cmoknięciu
pas startowy bo tam
wyruszam z ciebie do stron
co jak przypuszczasz
śpią płycej niż się zdaje
(nie wypuszczasz
na głodnego byłaś
świadkiem wiesz że
umiem i przytaczasz
te obrazy)
ruszam
i po chwili widzę
z boku
niemożliwe
jestem nimi
mam tę małpiość
w jakiejś tafli
sam lituję się
nad sobą
lekcja rozróżniania
znów zbroisz się w cierpliwość
nazywasz dla mnie kształty
nie muszę już tłumaczyć tu ważna
jest mimika zbiór puszek pod oknem
gest spocone dłonie teraz będziesz
czytać chłonąć znaki i smakować
wnioski dobrze znasz ten schemat
ty przypinasz metki ja oddaję smutki
czasem wstaję śledzę twoje ruchy jeśli
umiem naśladuję (jak pewien trzylatek
z przydługimi rękawami i fabrycznym
dlaczego padam dziwię się wszystkiemu
na swój własny sposób) teraz trzeba
przerwać porozciągać niewyraźne sytuacje
złapać drugi oddech to jedyna rzecz której
możesz uczyć się ode mnie koniec pauzy
wznosisz rękę to jest stół to wanna proste
skutki uboczne
jeszcze schodzę
świeżo po gwiazdach a już
jest gapowicz jest mrowienie
jest narośl na flaku
i jazda
welkam hołm studiuję
kształt intruza trącam guz
nie stąd
w ćwiartce
go zanurzam wiem co
zrobić bo nie pierwszy
raz się zmagam bo raz
któryś mi pomoże
w przenoszeniu
w czasie bania
więc odraczam
więc pompuję
do nowego
napisania
odcięcia
znowu środek gubię się
w orzechu sam po ciemku
w pomarszczonej tkance
mózgu
za czołem dzień
dzieje się marzec ale
mnie tam nie ma
(ciało na
autopilocie)
wsuwałem się
już wcześniej toteż
chyba nie potrafię
obejść
zasad
się dokopać
do godnego
receptora
spacer
kamienice w szarfach lamp sodowych popiel który
nie da się zamydlić ale można go polubić tutaj tkwią
olśnienia smaczki szkicujące się w zadumie
zarys
na tle śniegu falowanie myśli te drobinki pod conversem
co łechtają blaskiem oko co przepadną by odrodzić
się po roku i przypomnieć mi
kim jestem
starzec w oknie też zna powód a przynajmniej
czuwa i nadstawia ucha coś kieruje
każe budzić się o trzeciej lub
przeglądać włókna
wpatrzeni w miasto
śnimy drogę
doskonale świadomi
niepełność
nie przeniosłem
nic do końca zawsze się
uleje te wytwory nie chcą
zmiany droga do nas im nie
służy mam nieszczelne
dłonie albo kęsy są
houdinim są
śliskością mają coś
z piskorza
ty dostajesz
cząstkę fali odcisk
kwiatu galaktyki
skradłem dla was
i dla siebie
fragment wód
słoiczek
morza
pomnik
a z tych schodów sięgam wprost
do domostw do legowisk bladych
stworzeń w które ktoś upycha szum
błękit krzywych przecedzonych
zręcznie niusuf
paderewski
chłód sunie dreszczem po mej
skórze kiedy nocą wcieram aurę
on podciąga trzeźwo nić studzi
wizje i pozwala czuć podłoże
jak kobieta jak przytomny
strun jej stróż czczę
fakturę martwych stopni
przez ułamek drogi
później głód zdobywa
przestrzeń kapie
z pióra żrący tusz
poczekalnia
co ci śliczna pozostanie
mam nadzieję że chwil parę
że na płótnie twoich przygód
najdziwniejszą jestem kreską
zimny zeszyt grudka
wierszy jak wylinka po
dowcipie niby ja a jednak
cicho się odtwarzam
w słów kolekcji niby
ja a przecież w dali
obcym głosem tekst
szybuje czuwać
stamtąd twardy
orzech jakoś
przegryźć się
spróbuję
jesień. rozwój
czyżbyś się
stęskniła czułem cię już
w sierpniu mój początku
wyzwalaczu cudzie iskry
dla form wtedy
jeszcze byłaś krucha
i po cichu stałaś
w świetle kto cię nie
zna by pomyślał że
otulić jakoś trzeba
że być może
złoty wcześniak
nie poradzi sobie
z wzejściem
teraz popatrz
ledwie miesiąc
a rozpychasz się
łokciami
już nie w słońcu
ale we mnie
stawiasz lęki
tworzysz
przejście
twarz
odstęp
wyszła poza
zasięg odskoczyła dzikim
kraulem a ja tylko chód
do boi ja do lin no wiesz
najczęściej jedno
z drugim się nie
zdzwoni setny
przeszczep swąd
wyżłobień dziś
nie tkwimy razem
w czasie odpychają
się bieguny
zmienność budzi
okres burzy
ten sam pociąg
dwa bilety
każde gnije
w innej klasie
choć tak blisko
choć przez
czaszkę
nie zrównamy
się w podróży
dudnienie
mam drapieżną myśl wierci
się w podbrzuszu jem pierwotny
czar co projekcją ściąga łzy
już tam nie wypuszczę
tkwimy razem na bezludziu
jak sigourney w trzeciej części
wpycham cię w bebechy tylko
po to by darować miłej zgrzyt
desperacko szuka ujścia
w nagim lecie w gorzkiej
pianie trzaska się smakami
zmienia w świdrujący bit
obecność
ty o tym nie
myślisz pewnie nie
wiesz ale uwierz że jest
niżej tętni czasem chce
nas wcisnąć w niemą
strefę wziąć pod teraz
pod jestestwo tam gdzie
wszystko się wypala
to coś jakby fala
jakby kres usnuty
z obaw łuk z historii
pled z demonów
znów zahaczam
o spiętrzenie
wbijam w tutaj się
wierszami i ratuję
się eternią lecz wciąż
czuję że nas zmyje
że zmyślone mam
schronienie
rozwidlenia
tkwię tu mnogi
znam niewielu szepty
liczby są przekleństwem
stoję w ruchać gasnę
w zalać rozłam
budzi brudne sny
jest już raczej mechanicznie
tak zwierzęco i poza mną
są wyrzuty
jest współczucie
w mowie drzew
mniej momentów
w których stykam
się z powiewem
czy ja jestem
kim sam
nie wiem
